Lyrics: Kamil Zalewski
Music: Kamil Zalewski/Filip Pachólczyk
Ej, oni i tak tego nie pojmą, ej
Coś pod nosem sobie mruczę, ej
Przerost treści nad formą, ej
Poświęciłem życie sztuce
Cztery wersy — tyle daję wam fory
Wjeżdżam jak do siebie, wjeżdżam jako faworyt
Nabój gotowy, by wystrzelić z komory
Przemawiam se na beacie, a nie na Instastory
Na przystawkę se zjem ten sezon
Crème de la crème, spécialité de la maison
Dzwoni komóra, no bo jest interes
Za słabi na Red Bulla tak jak Sergio Perez
Niezdrowa szama, a i tak dbam o linie
One zostaną, gdy cała reszta przeminie
Sorry newonce, że tak dużo mam metafor
Dzwoni do mnie Janusz i lecimy se na kawior, halo?
Żaden ze mnie autorytet, nasze banie są poryte
Nasze domy jak Sofitel, chociaż pensje są sowite
Kartki białe niczym kitel, jak wzywają, no to idę
Trochę martwi ją harmider, śnimy o Victorii tak jak Riedel
Szczeknij, a rozszarpię jak rottweiler
Wsadzasz do pyska, co Ci rzuci ghostwriter
Najpierw się naucz pisać, gamoniu
To drewniane flow, ale za to z mahoniu
Wydaję numer i trafiam na okładkę
Później biję rekord tak jak Biedroń matkę
W tej branży, gdzie pełno hajsu i proszku
A biedne dzieciaki traktują nas jak bożków
Stary, A do V do I
Spełniłem większość swoich marzeń
Dziesięć lat życia to zabrało mi
Z tej okazji się widzimy na Torwarze
Pozdro, favst
Kiedyś
Wrócę do domu i opowiem to mamie
Poczuję spokój jak po diazepamie
Przeżyłem koszmar jak z Ulicy Wiązów
To życie jest kruche, więc się nie przywiązuj
Na tym świecie nic nie należy do nas
A że czasu jest mało, to rób to, co kochasz
Jestem Synem Bożym
Co dostał jeden talent, a później go pomnożył
Chyba nie umiem żyć inaczej
Joka, PONO — requiescat in pace
Nie boję się śmierci, bo nieraz umierałem
A gdy skończę już grać, wtedy spocznę w futerale
Szczęściarz, co ma życie wymarzone
Wracam do domu, przytulam syna, żonę
Nie wierz we wszystko, co tam o mnie piszą
Portale, gazety albo jakiś kurwiszon
Dobre chłopaki, ale ze złego podwórka
Odliczam, bo zaraz rodzi mi się córka
Piszę to w nocy, kiedy syn już zasnął
Zaspokojone potrzeby tak jak Maslow
Wkładam w to serce no i pracy mnóstwo
A największego rywala widzę, patrząc w lustro
Zostanę na płytach tak jak dżin w lampie
Nie było Spotify, słuchałem w Winampie
Mówili: "atak to najlepsza obrona"
To stara szkoła, starsza niż Sorbona
Przynoszę tylko chlubę temu miastu
I nie pojadą z nami, no bo nie mają podjazdu
Nie czczę diabła jak te wasze elity
Wierzę w Boga, co miał bok przebity
Wrzucam sobie Raszyn na mapę:
WPR, czyli Wielki Polski Raper