Lyrics: Jakub Wachowicz
Music: Adam AdamcZyk
Od pierwszych wersów po dziś dzień, przez każde słowo czy ruch,
zmieniałem już tyle, przez pasmo pomyłek, ale byłem zawsze sobą,
znów, widzę jak stoją obok, gdy biegne po marzenia na pełnej,
ten trud może dać piękny owoc, pytanie czy sam go za wcześnie nie zerwiesz?
tu wszystko siedzi w Tobie, luz, bywało już różnie, nie powiem,
byli Ci co utrudniają drogę, byli Ci co skakaliby w ogień,
byli Ci co podali mi dłonie, gdy leciałem bez siły w przepaść,
i na koniec pomogli się podnieść i wybić, ale nigdy na czyichś plecach,
i nie czekam na dobry moment, bo zabrały mi ich sporo pomyłki,
tylko myślę co zmienić w sobie i jak wjechać z moją w El Toro do willi,
dziś gdy jakoś udaje się fartem, ja nadal chce sięgać po więcej,
czekałeś na cud co nie nadszedł? właśnie, do kogo masz teraz pretensje?
Mam codzienność, niczym stare filmy,
a już miałem dość, byłem tylko zimny,
przez to całe zło, brakowało sił mi,
ale kładę wokale, na stałe zostałem
i muszę iść dalej i dalej na szczyt,
zostawiłem co było, chociaż raz nie spalone mosty,
nie umiałem kochać pomimo, nie umiałem pokazać miłości,
było marnie z tą pantomimą, łatwo oddać się sterom emocji,
dlatego musiałem popłynąć, co mnie nie zabiło to teraz na zawsze mnie wzmocni,
pozbyłem się daremnych rozkmin, bo łamało mnie to na pół, od środka
i nie szukam już nowych endorfin i nie czekam bezczynnie co los da,
dawniej pewnie bym był bezlitosny, nie ma opcji, tego dziś nie ma,
nie żyje błędami przeszłości od kiedy potrafię teraźniejszość doceniać, wiem.